piątek, 15 marca 2013

14. Sadistic kidnapper

Perspektywa Hope.

Jest duszno i ciemno. Ból w klatce piersiowej rozrywa mój umysł. Przecieram zamglone oczy i instynktownie próbuje wstać. Na marne. Jestem przykuta do ściany a łańcuch boleśnie zaciska się na mojej szyi. Przesuwam się w stronę ściany i kulę. W pomieszczeniu zapala się światło, przymykam powieki. Moje blond włosy są mokre. Ja cała jestem mokra. Ktoś oblał mnie wodą.
- Witam księżniczkę. - ciche sapnięcie obok mojego ucha. Otwieram oczy i ukazuje mi się jakiś chłopak. Ciemne włosy, grzywka opada na prawe oko. Szare oczy wpatrują się we mnie z dzikością i gniewem. Przełykam cicho ślinę i oddycham ciężko.
- Kim ty jesteś? - drżę na co on wybucha śmiechem.
- Luke. Tyle ci wystarczy. - przejeżdża dłonią po moim policzku. - Stary przyjaciel Nathana.
- Co ty mi zrobiłeś?
- Nic. Na razie. - wstaje i podchodzi do stolika. Bierze do ręki strzykawkę, po czym mimo moich oporów, wbija igłę w żyłę. Kilka minut później osuwam się. Odpływam.
Zaczynam kasłać aż w końcu podnoszę głowę. Luke buja się na krześle obok mnie. Jego twarz ponownie wykrzywia uśmiech a do moich oczu napływają łzy. Wiem co zaraz się stanie. Staram się jak najbardziej od niego odsunąć. Chłód skalpela na moim policzku i powolna wędrówka ostrza na mojej skórze. Szkarłatna ciecz wydostaje się i spływa do moich ust, zaciskam szczękę. Ból w brzuchu sprawia że się kulę. Spoglądam szklanymi oczyma na mojego oprawcę.
- Zostaw mnie... - szepczę.
- Nie kochanie. To kara dla Sykesa. - cedzi z głową w moich włosach i ponownie zadaje mi ból.

Perspektywa Nathana.

- Gdzie ona kurwa jest?! - wydzieram się kolejny raz dzisiejszego dnia a Tom zwala z półki wazon.
- Pytaj mi się a ja ci się! - odpowiada wściekły i kopie w szafkę z butami.
- Spokojnie, znajdziemy ją. - mówi Blair.
- Nie spokojnie! Ona może gdzieś być, nie wiadomo gdzie. - Tom wściekły do granic możliwości zaciska boleśnie pięści. Widzę furię w jego oczach. Gotowy jest zabić.
- Myślę że to robota kogoś doświadczonego. Idealnie to zaplanował. - stwierdza Max a ja chcę zironizować to, jednak w ostatniej chwili się powstrzymuję. Siadam na taborecie i przeczesuję palcami włosy.
Pamiętaj Sykes, zniszczę wszystko co masz. Zabiorę ci tak jak ty mi zabrałeś, skarbie. 
Moje źrenice się rozszerzają. Podbiegam do szuflady w komodzie i przeszukuję jej zawartość. Znajduję. Rozrywam biały papier i ponownie wpatruję się w idealnie kreślone litery.
Koszmar z przeszłości powraca Nathan. Myślałeś że owego, sierpniowego dnia mnie zabiłeś. Zniszczyłeś. BŁĄD. Ja przeżyłem. Po 5 latach przychodzę się zemścić. Chcę abyś czuł ból taki jak ja wtedy. Ból fizyczny od noża i psychiczny bo wziąłeś mi Jess. Pamiętaj Sykes, zniszczę wszystko co masz. Zabiorę ci tak jak ty mi zabrałeś, skarbie. Ode mnie tak łatwo się nie odchodzi. 
Cisnę kartkę na podłogę i klnę głośno. Luke. Ten sukinsyn porwał Hope aby się na mnie zemścić. Myślałem że zabiłem go, jednak myliłem się. Czas na konfrontację, skarbie.



niedziela, 17 lutego 2013

13. Memories of the birth of a monster

Budzę się nad ranem. Zgarniam czyste rzeczy i w bokserkach idę do pokoju Jay'a. Na palcach wchodzę do łazienki. Biorę prysznic. Woda zmywa ze mnie choć na chwilę problemy czy troski. Wysuwam się z kabiny prysznicowej i wycieram się. Po chwili zakładam rzeczy i ręką czeszę włosy. Zatrzymuję się na chwilę aby spojrzeć na swoje odbicie. I wszystko do mnie wraca.
- Nathan, proszę cię! Nie rób mu nic złego! - krzyczała Jessica a ja prychnąłem. Wziąłem z kuchni nóż i wyszedłem z domu, trzaskając drzwiami. Blondynka wybiegła za mną i próbowała zatrzymać.
- Nie, Jess. - warknąłem.
- Nathan, proszę! Nie chcę abyś siedział w więzieniu  - błagała ale ja ją odepchnąłem. Przeszedłem kilka przecznic. Stał na boisku z kolegami. Uśmiechnąłem się pod nosem. Zagwizdałem na niego, a kiedy ten się odwrócił, wbiłem nóż w jego brzuch. Splunął krwią i opadł na ziemię. Zadałem dwie rany w klatkę piersiową. Jego "przyjaciele" uciekli. Patrzyłem z nienawiścią w oczach na to jak się wykrwawia. Na to jak płaci za krzywdę mojej siostry. I wtedy we mnie narodziła się cząstka potwora. 
Przecieram oczy i wzdycham. Wychodzę z łazienki a Jay z uniesioną brwią na mnie patrzy. Wywracam oczami i schodzę na dół. Wstawiam czajnik a do kubka wsypuję kawę rozpuszczalną. Zalewam i wlewam śmietankę do kawy. Parujący napój stawiam na stole przy którym siadam.
- Jesteś nic nie wartym bachorem, który myśli że z marzeń będzie się utrzymywać. - wycedził mój ojciec patrząc na mnie z odrazą. - Nie wiem czemu ciebie matka dalej trzyma. 
- Zamknij się. - wychrypiałem a on tylko się zaśmiał.
- Zniszczę ci życie, Nathan. - warknął. - Odbiorę przyjaciół, dziewczynę, wyrzucę pianino. Jesteś słabym dzieciakiem. - wstał i wyjąwszy pałkę baseballową, zaczął nią uderzać o pianino. Zrobiłem się czerwony na twarzy, mój ojciec coś takiego zrobił... Wściekły do granic możliwości, chwyciłem figurkę golfisty i uderzyłem w tył głowy. Krew trysnęła a On osunął się na ziemię. Splunąłem na niego. Potwór, ukrywający się we mnie, wyszedł na powierzchnie.
Kończę pić kawę, naczynie odstawiam do zmywarki. Zakładam buty i skórzaną kurtkę. Mój wzrok omiata pokój. Biorę z szafeczki klucze i wychodzę na zewnątrz. Zamykam drzwi i idę. Nie wiem gdzie dokładnie, po prostu idę przed siebie. W kierunku zapomnienia.
- 1,2,3. W lewo zwrot! - krzyczał w mojej głowie głos płk. Gadsoona. - Przeładuj broń! - wykonywałem idealnie jego polecenia. Nie miałem wolnej chwili, przynajmniej nie starałem się o nią. 
- Nathanie Sykesie. Zostajesz przydzielony do oddziałów specjalnych wojska armii Królewskiej. 
Te kilka słów sprawiły iż wykwitł uśmiech na mojej twarzy. Pierwszy raz od kilku lat. 
Misje były ciężkie. Afganistan, Pakistan, Kair, Moskwa... Aż w końcu trafiłem na Marca Delgado. Szefa prywatnej, tajnej i specjalnej agencji do zadań specjalnych. Wypuścili mnie z wojska i wstąpiłem do agencji. Z miesiąca na miesiąc byłem coraz bardziej dobry, aż w końcu stałem się najlepszy. 
Opieram się o ścianę jakiegoś budynku, bliżej mi nieznanego. Wspomnienia nie ranią mnie, przypominają mi tylko kim jestem. Że jestem potworem.


No... To takie przybliżenie przeszłości Nathana...
Zdziwieni że był w wojsku? xd
Jeśli czytacie, to skomentujcie. Wystarczy zdanie, dzięki temu wiem kto to czyta. :3
Do następnego.

sobota, 16 lutego 2013

12. Is the sister of our enemy.

Krzątam się po salonie aż w końcu przełamuję się. Wzdycham patrząc na blondynkę i powoli i w miarę wyraźnie zaczynam mówić.
- Jak masz na imię? - pytam i upewniam się iż Tom'a trzyma Max.
- Louise. - szepcze i spuszcza wzrok. Unoszę brew.
- Czekaj, czekaj... Louise Tomlinson? - zadaje pytanie Tom a ona nieśmiało kiwa głową. Parker uśmiecha się pod nosem, co oznacza lekkie kłopoty.
- Ja... nienawidzę go. - patrzy na mnie a z jej oczu płynie łza. - Pozwolił aby jego kolega mnie zgwałcił. Jest niczym. Jest zwykłym gównem. - wzdycha a Hope kładzie rękę na jej ramieniu.
- Okej... Zostaniesz tu na razie. Nie wiem na ile, po prostu zostajesz. - odpieram i wychodzę na ogród. Siadam na ławce i opieram twarz na dłoniach. Co z nią zrobić? Nie dość że widziała jak kończę to co zacząłem to jeszcze jest siostrą naszego nieprzyjaciela. Przecieram oczy i wstaję, wracam w głąb domu. Lustruję wzrokiem dziewczynę, po czym łapię ją za nadgarstki i ciągnę w stronę pokoju.
- Nathan, co ty robisz? - podnosi ton Fay.
- Muszę przemyśleć. - cedzę przez zęby. - Z dala od was.
Louise kładzie się na łóżku, podkula nogi. Opieram się o ścianę i stukam nogą. Wzdycham kolejny raz tego dnia i lekko oblizuję wargi.
- Jesteś znany w mieście, wszyscy się ciebie boją. - mówi cicho Louise a ja unoszę brew. - Jesteś znany, poważany i sławny. Każdy wie o słynnej akcji w Nowym Jorku, Los Angeles czy w Moskwie.
- Tak... Było, minęło. - wzruszam ramionami a dziewczyna wstaję. Podchodzi do mnie i głęboko patrzy w moje oczy. Prześwietla duszę mordercy. Przejeżdża palcem po mojej kości policzkowej.
- Nie jesteś taki zły. Zabiłbyś mnie, a tego nie zrobiłeś. - czuję jej ciepły oddech na szyi. Moje emocje sięgają zenitu. Kładę moje wargi na jej i przejeżdżam delikatnie językiem po jej dolnej wardze. Rozchyla je a mój język zachłannie dociera do jej ust. Całujemy się, blondynka mierzwi mi włosy i lekko drapie kark. Ściskam jej pośladki i kładę na łóżku. Ściągam bluzkę, spodnie a ona swoje rzeczy. Przewraca mnie tak, że to ona jest górą. Pociera się o mojego członka, powodując iż robi się on twardy. Całuję ją z pasją i przygryzam wargę. Jej dłonie jeżdżą nieustannie po moim torsie, jęczę lekko. Odpina stanik i go ściąga. Masuję jej piersi i przygryzam sutki. Ze mną nie bawi się w duperele. Brutalnie spycham ją z siebie i ściągam jej majtki. Moje dwa palce wprawnie w niej igrają. Klatka piersiowa Louise podnosi się i opada. Opuszczam moje bokserki i kopię w kąt pokoju. Przysysam się do szyi blondynki, pozostawiając siny ślad i gwałtownie w nią wchodzę. Obydwoje jęczymy, wzdychamy.
- Dochodzę... - szepcze a ja kiwam głową.
Równocześnie dochodzimy. Wychodzę z niej, sperma pojawia się na prześcieradle. Dziewczyna przykrywa nas kołdrą i stara się unormować oddech. Całuję ją namiętnie, nasze języki toczą wojnę w buzi. Moja głowa opada obok niej i zasypiam.


asdfghjkj, nie grzeczny Nathan. ^^
Mój kolejny blog o TW i JB. >> I'd like to be everything you want, just please don't tell the principle.
Do następnego. xd

czwartek, 14 lutego 2013

11. Fucked up job, Nathan.

Wychodzę z domu po 4 rano, mam do załatwienia sprawę. Wsiadam do samochodu i jadę do lasu. Otwieram bagażnik i chwilę przypatruję się osobie znajdującej się w niej. Biorę go za ramiona i rzucam na ziemię. Chwilę kopię.
- Do zobaczenia w piekle. - szepczę, po czym złowrogo się śmieję. Strzelam, krew tryska w górę. Zamykam bagażnik i już chcę odchodzić kiedy słyszę szelest, niedaleko mnie. Moje serce przyśpiesza, z krtani nie wydobywa się żaden dźwięk. Spoglądam w stronę zarośli okalających stary dąb. Stłumiony krzyk. Chowam pistolet do kieszeni, jednym susem znajduję się przy zieleni. Dziewczyna trzęsie się ze strachu, łzy lecą po jej policzkach, oczy błagają o litość. Czy ja mam aż tyle litości aby jej darować? Widziała to co robiłem. Może być niebezpieczna. Głos w mojej głowie bezlitośnie mnie dobija. 
- Wstawaj. - warczę. Dziewczyna posłusznie wstaje i zaczyna szlochać. - Nie płacz, nie skrzywdzę cię. Tylko wezmę. - dopowiadam i rzucam nią na tył samochodu. Sam wsiadam na miejsce kierowcy. Zamykam przyciskiem wszystkie drzwi. Odpalam papierosa i odjeżdżam. Moja towarzyszka siedzi cicho, pociąga tylko nosem. Patrzę na nią w bocznym lusterku. Jest ładna. 
Ciągnę ją za nadgarstki i rzucam na kanapę. Zegar w salonie wybija 5.30. Wzdycham i kręcę się po pokoju, obmyślając jakiś plan. Przełykam ciężką gulę i siadam na stole. Wołam wszystkich, mimo iż jest tak późna pora. Muszą mi pomóc - mam ją zabić czy też nie?
Max przeciera leniwie swoje oczy, Tom ziewa a Siva na stojąco zasypia. Nie trzeba było balować. 
- Widziała jak zabijałem Rick'a. - mówię tonem nie wyrażającym żadnych emocji. Moje słowa działają na wszystkich jak duża dawka kofeiny.
- Co? Spieprzyłeś robotę, Nathan. - odzywa się Max i lustruję dziewczynę wzrokiem.
- Spieprzył... Owszem, ale wątpię aby ta dziwka cokolwiek powiedziała. - opiera się o szafę Tom. - Boi się.
- Słownictwo Parker. - warczy Jay a sam zainteresowany chrząka.
- Będę mówił jak będę chciał, a teraz przepraszam, u góry mam gorący towar czekający na igraszki. - idzie do swojego pokoju. Zajebiście. Grupa trzyma się razem, a nie. 
- Nie zabijajcie jej, ona się boi. Samego tego iż wie że zabijamy ludzi. - Hope mówi z nieobecnym wzrokiem. - Zaopiekuję się nią. - podaje rękę dziewczynie, a ona chwyta ją i wstaje. Idą do pokoju Fay. 
- Czy ja się przesłyszałem? - krzyczy desperacko Tom, który ukazał się u szczytu schodów. Hope minęła go i obdarowywała jadowitym wzrokiem. 
- Nie, Tom. Uspokój się. Ona wie co robi. - Cat kładzie rękę na ramieniu Thomasa a ten przewraca oczami. 
- Jeśli ta suka będzie tu za kilkanaście godzin, osobiście ją zabiję. - syczy i trzaska swoimi drzwiami. Mierzwię swoje włosy, błądząc wzrokiem po podłodze. Ściągam buty i kurtkę, muszę się przespać. Tak też robię, nie ściągam nawet ubrań. Po prostu zasypiam. 
Budzą mnie jakieś krzyki, zbijanie czegoś. Schodzę na dół, gdzie widzę kłócących się Tom'a i Hope. Za Fay stoi dziewczyna z lasu. Na około nich reszta. Hope niebezpiecznie prowokuje Thomasa, podnosi rękę. W ostatniej chwili powstrzymuję go, mówiąc iż my kobiet nie bijemy. Ale zabijać możemy. Co za ironia...
Tom odpuszcza, ostatni raz mierzy Hope i dziewczynę.
- Jeszcze zobaczymy, suczko. - mówi do roztrzęsionej blondynki, a Fay przytula ją. Szatyn trzaska drzwiami wejściowymi a ja patrzę błagalnym wzrokiem na Max'a, aby za nim poszedł. Wzdycha i idzie, zamykając delikatnie drzwi. Krzyżuję ręce na piersi i oblizuję wargi. Jestem w kropce. 



asdfghjkgj, jak ja uwielbiam przeklinać. ^^
Uwierzcie mi, często teraz będzie do tego dochodziło. :3
Mam urodziny więc dodaję. Taki prezent. ♥
Do następnego <3

niedziela, 10 lutego 2013

10. Task and intrigue.

Wchodzę do pokoju Parkera. Lustruje mnie wzrokiem, jest wściekły. Nie dziwię się.
- Co to ma być? Zasypiam w Londynie, budzę się w Los Angeles? - krzyczy a ja wzdycham. Opowiadam mu wszystko, włącznie z moim planem zabicia Nathalie. Niechętnie się zgadza, w sumie nie ma innego wyjścia. Czyszczę moją snajperkę, zrobię to po cichu. Nie chcę popełnić błędu, nawet najmniejszego.
Kilka minut po dwudziestej. Nathalie znajduje się na celowniku, Tom idzie kilkanaście metrów za nią. W razie czego ma ją dobić. Upewniam się że tłumik jest założony na lufę i strzelam. Czysty strzał, ruda opada na ziemię. Nie żyje, Tom cofa się. Ja pakuję broń. Robię zdjęcie.
Załatwione.
Klikam i wysyłam. Wracamy do hotelu, ciężko opadam na fotel. Właśnie zabiłem szefową K-Mart, jedną z najważniejszych osób w świecie przestępczym. Przeczesuję swoje włosy dłońmi, Tom klepie mnie po ramieniu.
- Będzie dobrze... Musieliśmy to zrobić. - nalewa sobie piwo do szklanki, ale porządny się zrobił. Kiwam głową i idę do łazienki. Osuwam się po ścianie. Nie mam sumienia. Gdybym miał, żałowałbym śmierci tylu osób. Od dwóch lat zabijam regularnie, co tydzień mam zlecenie. A jednak, nie mam wyrzutów. Jestem pozbawiony uczuć, może tylko znam miłość i gniew. Mój telefon dzwoni, odbieram.
- Spisaliście się, gratuluję. Możecie wracać, o dziewczynę się nie martw. - mówi ochrypły głos. Rozłączam się i pakuję. W taksówce wyglądam przez okno. Kiedy wszystko się ułoży, wrócę tu z Hope. Obiecuję.

***
Londyn wita nas zimnym, deszczowym powietrzem. Pada deszcz, krople z dużym naciskiem opadają na ziemię. Muszę przygotować się na niezły ochrzan od reszty. Tom przekręca klucz w drzwiach, ciekawe skąd ma. Nie brałem kluczy. Zostawiamy dość mokre torby w korytarzu i wchodzimy w głąb domu. Wszyscy stoją w salonie, na nasz widok... się uśmiechają. Unoszę brew.
- Nie powinniście być źli za to że "uciekliśmy"? - pytam a Hope puszcza mi oczko.
- Nie. Wiemy o co chodziło... - odpowiada za wszystkich Max, a ja oddycham z ulgą. - Co nie znaczy że jesteśmy z tego faktu zadowoleni. Jesteśmy rodziną, Nathan.
Kiwam głową. Przytulamy się, Hope całuje mnie w policzek. Uśmiecham się, pierwszy raz od kilku dni. Ciekawi mnie jedna rzecz... Skąd oni wiedzieli o tym? Wątpię aby agencja wyjawiła im prawdę. I zachowanie dziewczyn, nie są wściekłe chociaż zabiłem ich szefową. Czyżbym został uwikłany w jakąś intrygę?

piątek, 8 lutego 2013

9. Love or die.

Otwieram oczy, jestem w jakimś pomieszczeniu. Naprzeciw mnie Tom skrępowany jakimiś mokrymi pasami. Jest nieprzytomny i strasznie pobity. Po chwili orientuję się że również jestem związany. Wiem że krzyczenie o pomoc jest bezsensu. Kompletnie. Do pomieszczenia wchodzi dwóch zupełnie nieznanych mi mężczyzn. Z głupimi uśmiechami lustrowali mnie oraz Parkera.
- Sykes, nie ładnie przeciwstawiać się własnej agencji. - mówi jeden z nich a ja unoszę brew.
- Co masz na myśli? - mówię cicho, wszystko mnie boli.
- Doskonale wiemy o współpracy z K-Mart. I o Hope Fay. - kuca przede mną. - Tej blondyneczce może się coś stać... - szepcze a ja próbuję się wyrywać.
- Tknij ją a pożałujesz. - cedzę przez zęby.
- Tak, ty i te twoje zdolności w torturach. - wstaje. - Macie obydwoje szanse rehabilitacji. Odejdziecie od tych dziewczyn i zabijecie Nathalie.
- Dobrze... - odpieram. Jeśli taka jest cena za życie Hope, jestem w stanie wszystko zrobić.

***
Max obmywa rany Tom'a, ja piję wodę. Nasze ciuchy już spakowałem. Wymkniemy się w nocy, nikt nas nie zauważy. Parker nie wie o co chodzi, podam mu na kolacji środek usypiający. Cały czas jestem zamyślony. Najgorsze będzie opuścić Hope. Wydaję mi się że pozwala mi się zbliżyć... A jednak. Muszę opuścić sens mojego życia. Obok niej czuję jak bym naprawdę żył. Miłość. To piękne uczucie.
Ostatni raz patrzę na zegarek, wskazujący 00:17. Biorę moją i Tom'a torbę i wydostaję się przez balkon. Chowam rzeczy do bagażnika. Teraz czas na przyjaciela. Przemykam niezauważony do jego pokoju. Śpi, środek działa. Przewieszam go sobie przez ramię. Ciężko jest, ale ujdę. Zdyszany kładę go z tyłu samochodu a sam wsiadam na miejscu kierowcy. Przekręcam kluczyk w stacyjce, ostatni raz mój wzrok zawiesza się na naszym domu. Tyle przyjemnych chwil... Wzdycham i odjeżdżamy w głąb miasta.
Zatrzymuję się przy hotelu. Jutro wylatujemy do LA, tam obecnie przebywa Nathalie. Tom budzi się, na moje szczęście lub nieszczęście. Kładę go na łóżku, obok torby i zamykam na klucz. Będzie się rzucał, krzyczał. Mam to gdzieś. Z balkonu nie skoczy, 5 piętro. Zakładam luźne dresy, o 13 mamy lot, a jest 1:00. Przykrywam się kocem i odpływam w krainę Morfeusza. Czeka mnie bardzo ważne zadanie, które może kosztować życiem Hope.


Są krótkie... Staram się aby były dłuższe, ale nie wychodzi. Mam 4 blogi, myślę o przywróceniu tego z imaginami. I tak cud że jeszcze wyrabiam. c:
Proszę, komentujcie jeśli czytacie. To ważne. ;3
Do następnego <3

czwartek, 7 lutego 2013

8. I hate you!

Wstaję i załatwiam czynności poranne. Szukam chwilę mojej bluzki, jednak przypominam sobie iż pożyczyłem ją Hope. Zakładam nieśmiertelnik, zegarek i schodzę na dół, gdzie Tom myje ręce w kuchni. Unoszę brew, jednak po chwili domyślam się co robił. Na stole leży pudełeczko. Otwieram je... Dwa palce. Jeden męski, drugi kobiecy. Zamykam opakowanie. Po chwili wbiega do kuchni Cat i "zabija" wzrokiem Tom'a.
- Nienawidzę Cię! - krzyczy w jego kierunku a on z zdezorientowaniem na mnie patrzy,
- Cat, o co ci chodzi? - uspakaja ją.
- Obiecałeś coś! - drze się głośnie. Zbija szklankę i wybiega z pomieszczenia. Parker idzie za nią. Schylam się aby posprzątać zbite szkło, uprzedza mnie jednak Hope. Wyrzuca odłamki, wstajemy równocześnie. Jej wzrok wędruje do pudełka, uśmiecha się pod nosem. Mała blizna zdobi jej wargę, jednak mimo tego dziewczyna jest piękna. Wychodzi z kuchni, idę za nią. Blair coś robi w komputerze, pilnie dyskutuje z Maxem i Jayem. Drapię się po karku i niewinnie uśmiecham. Mam ochotę się rozerwać, zapomnieć o problemach. Zwłaszcza że jutro po raz kolejny zabawię się z naszymi ofiarami.
Przebieram się, wiąże moje trampki. Ostatni raz przeglądam się w lustrze, po czym schodzę na dół. Tom jest wściekły, wychodzimy razem z domu. Klepię go po ramieniu aby się nie przejmował a on kręci głową. Po kilkunastu minutach dochodzimy do lokalu, z łatwością omijamy ochroniarzy. Muzyka dudni w moich uszach, wszędzie widać alkohol. Widzę też ludzi przekazujących sobie tabletki - ectasy. Zamawiam mi i Thomasowi po kieliszku wódki na rozgrzanie. Barman nalewa, podgrzewa zielonym ogniem. Przybijam kieliszek do kieliszka Parkera i równo pijemy. Trunk jest bardzo mocny, po kilku kieliszkach jesteśmy porządnie wstawieni. Tom zabawia się z jakąś panienką, dotyka ją i całuje. Ja ledwo przytomnie rozglądam się po klubie. Natrafiam na dwie pary ciekawskich oczu, skierowanych na mnie i mojego towarzysza. Biorę Tommego pod rękę i szybkim krokiem, mimo tego iż jesteśmy pijani, wychodzimy. Staram się w miarę możliwości iść równo z nim i szybko, jednak chłopak ciągle się zatrzymuje. Mam ochotę mu przywalić. Moją rękę zatrzymuje jakaś inna ręka. Mężczyzna pcha mnie i zaczyna kopać. To samo robi inny z Tomem. Próbuję się bronić jednak na próżno. Jestem zbyt słaby, pijany. Z moich ust wypływa krew, Tom traci przytomność. Jesteśmy w najgorszym położeniu w całym swoim życiu. Nagle rozlega się strzał...


Nie skomentuję. ♥
To wyglądało sto razy lepiej w mojej głowie... Ale cóż poradzić. ^^
Do następnego.. <3